czwartek, 26 czerwca 2014

Rozdział 6

Oto kolejny rozdział naszej historii. Proszę o komcie!! :)



Rozdział 6
   Patrzyłam na niego zszokowana, nie rozumiałam, dlaczego nie panikuje, ani nie uważa mnie za potwora. Mimo, że nie chciałam sobie na to pozwolić mała iskra nadziei zaczęła rozwijać się w moim sercu. Wiedziałam, że to może skończyć się cierpieniem, ale mimo to nie mogłam tego powstrzymać. Jakaś część mnie ta, którą jak myślałam zakopałam wieki temu zaczęła powoli się budzić.
   Miałam świadomość, że wciągam Doriana w niebezpieczeństwo i może zniechęciłabym go do tego gdybym była, choć trochę mniej samolubna. Prawda była jednak taka, że cieszyłam się jego towarzystwem, jego obecnością w moim życiu.
   - Jeśli mam cię poznać to chyba musimy poważnie porozmawiać – przerwał ciszę, która panowała od momentu, gdy wypowiedział ostatnie słowa.
   Patrzyłam na niego czując ucisk w gardle, nigdy z nikim nie rozmawiałam o swojej przeszłości. Nigdy nie miałam nikogo, z kim mogłabym o tym porozmawiać. Tomas mnie odtrącił a później już nikogo nie odważyłam się pokochać. Już nie potrafiłam wystawić się na atak nie mogłam znów stać się tak bezbronną.
   - Nie wiem czy potrafię jeszcze szczerze porozmawiać – spuściłam wzrok nie mogąc dłużej patrzeć mu w oczy. Nie mogłam znieść ich otwartej głębi i szczerości.
   - Spróbuj.
    Odważyłam się delikatnie do niego przysunąć i po chwili siedziałam oparta o jego klatę, gdy on sam opierał się o zagłówek łóżka. Oplatał mnie rękami w pasie a dłonie ułożył płasko na moim brzuchu.
   - Jesteś ciepła – odezwał się niespodziewanie a gdy spojrzałam na niego zdziwiona tym komentarzem wyraźnie speszony zaczął wyjaśniać. – No wiesz… Sądziłem, że skoro jesteś wampirem to no wiesz… - Plątał się – jesteś martwa.
   Milczałam przez chwilę nie wiedząc jak zareagować. Wiedziałam, że swoje słowa i teorię zaczerpnął z jakiegoś słabego filmu. Wzięłam jego dłoń i przycisnęłam do swojej piersi.
   - Czujesz? Moje serce bije, krew płynie w żyłach, oddycham i myślę. Jak mogłabym to robić gdybym nie żyła?
   - Ale jak? Przecież żyjesz wieki… Jak to możliwe, że się nie starzejesz? – W jego głosie brzmiało czyste zaciekawienie, które spowodowało, że kąciki moich ust uniosły się lekko.
   - Nie lubię o tym rozmawiać – wyszeptałam ledwie dosłyszalnie.
   - Zauważyłem, że w ogóle jesteś małomówna – spojrzałam ponad ramieniem na jego twarz i zauważyłam krzywy uśmiech błąkający się na jego wargach.
   - To trochę trudno wytłumaczyć – zaczęłam w końcu. – Sądzisz, że aby stać się wampirem trzeba umrzeć, lecz to nie prawda. Nie umieramy i nie odradzamy się magicznie, jako wampiry. Gdy zostaniemy zainfekowani…
   - Zainfekowani?
   - Wampiryzm to nie jakaś magiczna sprawa, to choroba. Gdy zostaniemy zainfekowani zapadamy w śpiączkę, ci z nas, którzy są wystarczająco silni i przetrwają pierwszą fazę przez resztę zmierzają się z drugą.
   - Drugą? – Spojrzałam na niego zirytowana tym, że znów mi przerwał.
   - Potrzeba krwi, wrażliwość na światło słoneczne, życie przez całą wieczność tylko po to, aby zabijać. Większość z nas uważa, że to błogosławieństwo, dar. Sądzą, że są inną, wspanialszą rasą a ludzie to tylko pożywienie, zabawki – skrzywiłam się z obrzydzeniem. – Nie dostrzegają, że wampiryzm to choroba, mutacja genetyczna…
   - Skąd ty to wszystko wiesz?
   - Sama się dowiedziałam, przeprowadzałam badania. Chciałam się dowiedzieć, co się ze mną stało, czy jest na to lekarstwo. I odkryłam je…
   - Odkryłaś? Na czym ono polega? – W jego głosie było zaciekawienie i coś jeszcze… Ledwo wyczuwalny ślad czegoś jeszcze.
   - Śmierć. Oto lekarstwo – gorycz wypełniła moje słowa. Brak nadziei na uwolnienie, na koniec z byciem potworem. – Wampirów nie da się zabić, za pomocą drewnianych kołków, czy kul z pistoletu. Przy pomocy czarodziei i nefilimów stworzyłam broń. Ostrze nasączone magią.
   - Nefilimów… Przecież to są pół anioły, pół ludzie – w jego głosie brzmiało zdumienie. – Ale to niemożliwe… To by oznaczało, że ta cała gadanina o Bogu i Niebie jest prawdą.
   - Bo jest Dorianie. Skoro istnieją istoty takie jak wampiry, wilkołaki to, dlaczego nie miałyby istnieć anioły czy demony?
   Dorian milczał przez chwilę, a jego dłoń położona na moim brzuchu poruszała się delikatnie zataczając małe kółka.
   - Spotkałaś kiedyś jednego? No wiesz anioła.
   - Tak. Spotkałam kiedyś jednego, bardzo dawno temu. Spotkałam też wiele demonów.
   - Jacy oni są?
   - Anioły są… - zamilkłam szukając odpowiedniego słowa – chłodni. Podchodzą do spraw zwykłych śmiertelników z dystansem a wilkołaki, czarodziei, nefilimów traktują z szacunkiem. Uważają, że ich potomkowie zasługują na owe uczucie. Jednak wampiry to całkiem, co innego, gardzą nami, nawet tymi, którzy się zmienili, którzy walczą ze swoją naturą.
   - To czarodzieje i wilkołaki też są potomkami aniołów? – Zdziwienie malowało się na jego twarzy.
   - Wilkołaki powstały w wyniku dziwnej anomalii, dzieci niektórych aniołów i ludzi zamiast stać się nefilimami z jakiegoś powodu stały się wilkołakami. Ich zmysły są bardziej wyostrzone są szybsi i silniejsi niż ludzie, ale mają jedną słabość…
   - Srebro – przerwał mi podekscytowany Dorian.
   - Tak, srebro – poczułam jak moje usta unoszą się w mikroskopijnym uśmiechu. – Jednak jest dla nich groźne dopiero po dostaniu się do krwi. Co do Czarodziei to sprawa jest inna. Nie są oni potomkami aniołów w prostej linii, lecz są wynikiem związków ludzi z wilkołakami, lub nefilimami.  Nie żyją też wiecznie ja wampiry, albo po kilkaset lat jak wilkołaki.
   - A wampiry? Czy one też pochodzą od aniołów?
   - Nie – na mojej twarzy pojawił się krzywy uśmiech. – My zrodziliśmy się z demonów. Pierwszy wampir był synem demona i ludzkiej kobiety. Narodził się wiele tysięcy lat temu. Niestety potem już nie mogliśmy się rozmnażać tylko pozostało nam tworzyć nowe wampiry. Z biegiem lat jednak nawet najstarsi zginęli. Teraz z tego, co wiem najstarszy wampir ma około dwóch tysięcy lat.
   - Mówisz o tym tak lekko – jego ramiona zacisnęły się wokół mnie. – Ja jednak wiem, że cierpisz. Czego mi nie powiedziałaś Rose?
   - Powiedziałam ci bardzo dużo, więcej niż powinien wiedzieć jakikolwiek śmiertelnik. Dorianie nie mogę mówić ci wszystkiego, to jest dla ciebie niebezpieczne. Musisz zrozumieć moje położenie.
   - Jak mam je zrozumieć skoro w dalszym ciągu nic mi nie powiedziałaś? Mówiłaś o wampirach, wilkołakach i całej reszcie, ale nie mówisz nic o sobie.
   - Nie prosiłeś o to, pytałeś tylko o innych nie o mnie – w moim głosie pojawiła się obronna nuta.
   - A czy gdybym spytał odpowiedziałabyś mi? – Gdy milczałam poczułam jak kiwa głową. – Rose nie pytałem, bo byłem pewny, że mi nie odpowiesz, chciałem najpierw dowiedzieć się czegoś innego. Chciałem zrozumieć, w jakim świecie tak naprawdę żyję. Ale Rose musisz mi opowiedzieć o sobie. Nie proszę cię o obnażenie się z sekretów, ale o choć kilka informacji. Muszę wiedzieć, że chcesz abym cię poznał, że chcesz abyśmy stali się przyjaciółmi…
   Wyswobodziłam się z jego objęć by obrócić się twarzą do niego. Patrzyłam w niebieskie oczy i widziałam determinację. Byłam pewna, że jeśli się nie zgodzę on wstanie z łóżka i wyjdzie.
   Sama myśl o tym napawała mnie dziwnym bólem w piersi. Nie chciałam by mnie zostawił. Po raz pierwszy od setek lat pozwoliłam sobie poczuć cokolwiek do kogoś innego.
   - Dobrze opowiem ci o sobie.
   

Pozdrawiam Sienna M.

środa, 18 czerwca 2014

Rozdział 5

Cześć! Mam dla was kolejny rozdział naszej historii. :) Mam nadzieję, że się spodoba.



Rozdział 5
   Zaciskałam zęby próbując wytrzymać świdrujący mnie ból. Byliśmy już prawie na miejscu, ale nie miałam pewności czy wytrzymam do tego momentu.
   W końcu dostrzegłam mój dom i pozwoliłam sobie odetchnąć z ulgą. Dorian zaparkował na podjeździe i nim zdążyłam się odezwać wyskoczył z pojazdu i podszedł do drzwi od strony pasażera. Nacisnął klamkę i pomógł mi wysiąść.
    - Klucze – słowo zostało wypowiedziane tonem pełnym siły.
   Sięgnęłam do kieszeni w dżinsach i podałam mu klucz od drzwi. Wiedziałam, że powinnam powiedzieć mu, aby sobie poszedł, ale po prostu nie miałam na to siły. Byłam pewna, że bez jego pomocy nie dotrę nawet do drzwi. Dlatego pozwoliłam, aby zaprowadził mnie do salonu a gdy skierował na mnie pytający wzrok wskazałam tylko ruchem głowy na schody.
   Później pokierowałam go do mojej sypialni. Dorian delikatnie położył mnie na łóżku a później z zatroskaną miną spojrzał na mnie ze swojego miejsca siedząc na skraju materaca. Spojrzałam na niego zaciekawiona tym, dlaczego mi pomaga. Przecież nie oferowałam mu nic w zamian…
   - Jak się czujesz? – Jego głos zabrzmiał łagodnie i kojąco, niestety jego zapach był inną sprawą. Nie wiedziałam, co się ze mną dzieje, ale byłam pewna, że zapach Doriana tylko pogarsza sprawę. – Może powinienem wezwać lekarza? – Jego pytanie natychmiast mnie zaalarmowało.
   - Nie! – Zareagowałam może zbyt gwałtownie sądząc po jego minie. – To znaczy nie sądzę, aby to było konieczne.
   Dorian patrzył na mnie uważnie przez kilka sekund. Jego niesamowite oczy zdawały się docierać do mojego wnętrza. Zmusiły mnie do odwrócenia wzroku. Nie rozumiałam, co takiego jest w tym chłopaku wyjątkowego. Co sprawia, że nie mogę o nim zapomnieć, nabrać do niego dystansu.
   - Co przede mną ukrywasz Rose? – Łagodny głos nasiąknięty prośbą… Prośbą o szczerość, zaufanie. Ja jednak nie wiedziałam, czy mogę jeszcze zaufać komukolwiek… Czy potrafię.
   - Coś, co powinno zostać tajemnicą – wyszeptałam cicho niemal wbrew sobie. Wiedziałam, że nie wolno powiedzieć mi prawdy temu chłopcu. A tym właśnie był chłopcem, dzieckiem. Musiałam wreszcie to pojąć i pokonać tą dziwną fascynacje nim.
   - Nie rozumiem tego. Wiem, że mnie nie znasz, ale możesz mi zaufać… Rose ja… - jego wypowiedź została jednak brutalnie przerwana przez atak kaszlu, który mnie dopadł. Zasłoniłam usta ręką a gdy ją zabrałam ujrzałam krew plamiącą mi palce.
    Dorian zerwał się z łóżka ze strachem wymalowanym na twarzy. Sięgnął ręką do kieszeni i wiedziałam, że zamierza zadzwonić do szpitala. Ja jednak nie mogłam mu na to pozwolić.
   Wyciągnęłam czystą rękę i złapałam go za dłoń. W momencie, w którym nasze palce się zetknęły przebiegł mnie potężny dreszcz pragnienia. Moje kły wysunęły się stając jeszcze dłuższymi. Oczy chłopaka rozszerzyły się nienaturalnie a on sam szybko cofnął dłoń.
   Poczułam jak kamienna pięść zaciska się wokół mojego serca niemal je miażdżąc. Dorian patrzył na mnie ze strachem a ja nie mogłam mu się dziwić.
   - Dorian – spróbowałam się podnieść, ale wtedy zaatakował mnie ból w brzuchu. Był na tyle silny, że skuliłam się na łóżku krzycząc. Chłopak podbiegł do mnie i objął silnym ramieniem.
   - Spokojnie. Oddychaj – jego głos był kojący. Uspokajał coś dzikiego zakopanego głęboko we mnie. Nieświadomie przytuliłam się do niego zaciskając zęby by powstrzymać kolejny krzyk. Agonia rozchodziła się po mnie falami. – Rose, co się dzieje?
  - Nie wiem – moja odpowiedź brzmiała jak skrzek. Ledwo mogłam oddychać. Dorian delikatnie pomógł mi ułożyć się na łóżku a potem sam położył się przy mnie. Głaskał mnie po włosach z zadziwiającą czułością. Całe moje ciało przeszywał ból. Skuliłam się przy Dorianie i modliłam, aby to wszystko wreszcie się skończyło.
   Opiekuńcze ramiona przyciskały mnie do silnej klatki piersiowej nastolatka siedzącego przy mnie. Jego ciepłe ciało pomagało mi to wytrzymać. Po pewnym czasie, który zdawał się być wiecznością ból osłabł, aby w końcu całkiem zniknąć.
   Leżałam nieruchomo jeszcze kilka sekund nie chcąc utracić ciepła ciała przyciśniętego do mnie. Westchnęłam cicho i powoli odsunęłam się od niego. Przez cały czas czułam jego uważne spojrzenie na sobie, ja jednak nie miałam siły by unieść wzrok.
   - Czym ty jesteś Rose? – Cisze przerwało pytanie wypowiedziane cichym spokojnym głosem.
   - Nie chcesz wiedzieć. Uwierz mi – podniosłam wzrok i spojrzałam w te niesamowite, niebieskie oczy. Chciałam by zrezygnował, aby przestał i po prostu odszedł.
   - Rose. Ja rozumiem, że może być ci ciężko mi zaufać ale…
   - Rozumiesz?! – Krzyknęłam w przypływie nagłej napełnionej goryczą złości. – Nie masz o niczym pojęcia! Co ty możesz wiedzieć? Jesteś tylko dzieckiem!
   - Mylisz się. Może i jestem młody, ale mam już siedemnaście lat i na pewno nie jestem dzieckiem! – Jego policzki zaróżowiły się z emocji. Wyglądał tak ludzko, tak niewinnie…
   - Siedemnaście – pozwoliłam by w moim głosie pokazała się kpina. Musiałam go jakoś zniechęcić, sprawić, aby mnie zostawił w spokoju. – Co to jest?! Ja mam ponad tysiąc lat! – Krzyk przepełniony żalem i bólem wyrwał się z mojej piersi. – Widziałam jak upadali wielcy królowie Dorianie. Żyłam wieki i widziałam jak setki bliskich mi osób starzeje się i umiera. Czy możesz sobie coś takiego wyobrazić? – Zmęczona ukryłam twarz w dłoniach. Nie chciałam na niego patrzeć, nie potrafiłam.
   W pokoju panowała cisza mącona tylko naszymi oddechami. Po czasie, który mógłby być wiecznością poczułam silną dłoń na swoim ramieniu. Zdziwiona uniosłam głowę i ujrzałam zatroskaną twarz Doriana.
   - Musiałaś bardzo cierpieć – jego głos był ciepły, kojący. Był balsamem na moją zranioną duszę. – Rose powiedz mi… Jak to możliwe, że żyłaś tak długo? Czym jesteś?
   Przez dłuższą chwilę po prostu na niego patrzyłam. Sądziłam, że wyjdzie z pokoju jak usłyszy ile mam lat i że nie jestem zwykłym człowiekiem. Jednak on klęczał tutaj przede mną z dłonią na moim ramieniu i oczami utkwionymi w mojej twarzy.
   - Potworem – wyszeptałam określenie, którego użył w stosunku do mnie Tomas. – Jestem wampirem…
   - Nieprawda – odezwał się znów mnie zaskakując. – Nawet, jeśli to prawda i jesteś wampirem. To wcale nie oznacza, że jesteś potworem. Gdybyś naprawdę nim była już byłbym martwy – wzdrygnęłam się na myśl o jego ciele leżącym nieruchomo na podłodze, nieżywym.
   - Nie wiesz, co robiłam kiedyś… Nie znasz mnie.
   - Nie – zgodził się ze mną. – Ale chcę cię poznać.
   - Nawet, jeśli to niebezpieczne?
   - Tak – w jego głosie na próżno szukać było wahania. – I Rose, co się dzisiaj z tobą stało? Dlaczego tak cierpiałaś?
   - Mówiłam prawdę Dorian… Nie wiem.
   - Więc się tego dowiemy.

Pozdrawiam Sienna M.

wtorek, 10 czerwca 2014

Rozdział 4

Cześć! Wstawiam kolejny rozdział... Mam  nadzieję, że się spodoba!




Rozdział 4
   Otworzyłam oczy i pierwsze, o czym pomyślałam to, że słońce dziś mocno świeci i razi mnie w oczy. Później stwierdziłam, że jeśli mam się nie spóźnić do szkoły muszę już wstać.
   Uśmiechnęłam się kwaśno i niechętnie zwlokłam się z łóżka. Przeciągnęłam się leniwie wyprężając się po koniuszki palców. Weszłam do łazienki i wzięłam szybki prysznic. Ubrana i odświeżona zeszłam na dół by spakować potrzebne podręczniki ze stołu w salonie. Przewiesiłam torbę przez ramię i podeszłam do lodówki, z której wyciągnęłam sok pomarańczowy i szybko skierowałam się do drzwi. Złapałam jeszcze klucze od auta i już byłam na zewnątrz zamykając dom.
   Jadąc ulicami w stronę liceum moje myśli bezustannie powracały do chłopaka ze zdjęcia – Doriana. Nie mogłam o nim zapomnieć nie ważne jak bardzo się starałam. Myśli bezustannie krążyły wyłącznie wokół niego. Zatrzymałam się na światłach i westchnęłam zmęczona tym wszystkim. Jakaś część mnie mówiła, że może teraz zaznam jeszcze mniej spokoju, niż gdy przewodziłam Śmiercionośnym.
   Światło zmieniło się na zielone a ja ruszyłam dalej potrząsając głową i próbując pozbyć się natrętnych myśli. Powoli wjechałam na parking dla uczniów i zaparkowałam w jednym z najdalszych jego końców. Wzięłam torbę i wysiadłam z samochodu prosto w żar dnia. Słońce prażyło dziś niemiłosiernie i pomimo mojego doświadczenia nie było to przyjemne.
Westchnęłam ciężko i niespiesznie ruszyłam w stronę szarego budynku. Mijałam uczniów nie patrząc na nikogo, nie zwracając na nich uwagi. Weszłam po schodach i pchnęłam drzwi wejściowe. Zacisnęłam zęby, gdy nieznośny hałas zaatakował moje wrażliwe uszy.
   Nie zwracając na nikogo uwagi ruszyłam prosto w kierunku sali, w której miałam zajęcia. Przekraczając próg zauważyłam, że klasa jest już prawie pełna. Szybko podeszłam do ławki i zajęłam swoje miejsce. Schyliłam się po torbę i wyjęłam z niej podręcznik. Ułożyłam książkę i zeszyt na ławce i mimo woli zaczęłam odpływać. Nie zauważyłam nawet, że nauczyciel wszedł już do klasy. Moje myśli zaczęły dryfować gdzieś w przestworzach a ja poczułam dziwną lekkość. Gdzieś z tyłu mojej podświadomości odezwał się zaniepokojony głosik. Ta część mnie wiedziała, że coś jest nie tak. Jednak inna zdecydowanie większa i silniejsza mówiła abym się nie martwiła, że wszystko jest dobrze. Nim się zorientowałam ostrzegawczy głos umilkł na dobre…
   Po lekcji udałam się do stołówki, aby jak każdy coś zjeść. Wprawdzie nie musiałam pożywiać się ludzkim jedzeniem, ale wolałam nie odstawać od innych, niczym się nie wyróżniać. Ustawiłam się w kolejce i zaczęłam brać kolejno coś do zjedzenia. Skanując wzrokiem wszystko, co jest zdecydowałam się na prosty jogurt.
  Zadowolona skierowałam się prosto do stolika w najdalszym kącie. Może i nie chciałam się wyróżniać, ale też nie zamierzałam się z nikim bratać.
   Moje myśli nieuchronnie powędrowały do Doriana. Poczułam jak przyjemny dreszcz przechodzi mi wzdłuż kręgosłupa. Nadal nie rozumiałam swojej reakcji na tego chłopaka. I coraz bardziej mnie ona irytowała…
   Nagle moje rozmyślenia zostały przerwane przez niesamowicie silne uderzenie pragnienia. Zaatakowało z nieopisaną mocą i poczułam jak moje kły stają się jeszcze dłuższe. Zacisnęłam szczęki i odwróciłam się w stronę zapachu, który wywołał to uczucie. Przeszukiwałam wzrokiem teren stołówki starając się namierzyć źródło zapachu. Zadanie jednak było utrudnione przez ciągle szarpiące moimi wnętrznościami pragnienie. Nie odczuwałam takiego czegoś od czasów moich pierwszych miesięcy, jako wampirzyca.
  Właśnie wtedy mój wzrok napotkał wysoką męską postać. Wiedziałam już kto wywołuje ów pragnienie. Chłopak odwrócił się w moją stronę i ujrzałam jego przystojną twarz. Dorian.
   Nie rozumiałam jak to możliwe. Przecież czułam jego zapach już wczoraj i nie miałam takich problemów… Ostry ból przeszył mi żołądek, gdy głód zaatakował ze zdwojoną siłą. Zacisnęłam dłonie w pięści starając się nad sobą zapanować. Wiedziałam, że muszę jak najszybciej opuścić to miejsce.
  Dorian wybrał jednak tą właśnie chwilę by mnie zauważyć i z uśmiechem natychmiast ruszył w moją stronę. Z każdym stawianym krokiem jego zapach stawał się jeszcze bardziej intensywny. Kły swędziały mnie pragnęły zostać zanurzone w szyi tego chłopaka. Jakaś część mnie chciała poczuć jego krew wlewającą się do mojego ciała, dającą życie.
   Potrząsnęłam głową usiłując zapanować nad sobą. Musiałam to zrobić zanim on do mnie podejdzie. Spojrzałam w dół na swoje ręce zaciśnięte w pięści na kolanach i zmusiłam się do wzięcia głębokiego oddechu. Jego woń natychmiast uderzyła, ale byłam przygotowana. Na chwilę zamknęłam oczy i nakazałam sobie zobojętnienie na nią. Wiedziałam, że niewiele to da, ale zawsze coś…
   Cień padł na mnie dokładnie w tym samym momencie, gdy usłyszałam jego głos:
   - Cześć – niby proste słowo, ale sprawiło, że zadrżałam od wewnątrz.
   - Cześć – zmusiłam się do podniesienia wzroku i powiedzenia tego słowa. Kły na szczęście się schowały i mogłam mówić nie ukazując wszystkim, kim jestem.
   - Mogę się dosiąść? – Spytał tym swoim niskim dźwięcznym głosem. Przez chwilę patrzyłam na niego nie wiedząc, o co pyta…
   - Oh! Wiesz, ja właśnie wychodziłam i… - zaczęłam się plątać. Nie wiedziałam, co się ze mną dzieje, ale byłam pewna, co do jednego: muszę uciec od tego chłopaka jak najszybciej.
  Poderwałam się z krzesła przewracając je przy okazji. Rozległ się huk upadającego mebla i poczułam, że wszyscy w stołówce patrzą na mnie zdziwieni. Ja jednak nie zwracałam na to żadnej uwagi… Myślałam tylko o ucieczce.
   Wyminęłam zszokowanego Doriana i niemal biegiem popędziłam do drzwi. Wypadłam na korytarz i ruszyłam prosto do wyjścia. Pchnęłam drzwi i nareszcie znalazłam się na zewnątrz. Powietrze było czystsze i naroście mogłam oddychać bez bólu.
   Westchnęłam z ulgą i powolnym krokiem ruszyłam do samochodu. Wiedziałam, że muszę odjechać zanim sytuacja jeszcze się pogorszy.
   - Rose! Rose zaczekaj! – Przerażona zamarłam. Nie mieściło mi się w głowie, że ten chłopak pobiegł za mną. Co gorsza nie zdawałam sobie z tego sprawy. Zwykły człowiek podszedł mnie! Zszokowana zdałam sobie sprawę, że gdyby to był łowca już bym nie żyła.
   Dorian wykorzystując to, że się zatrzymałam złapał mnie za ramię i stanął przede mną. Na jego twarzy malował się niepokój…
   - Wszystko dobrze? – Spytał z prawdziwą troską w głosie. Ja jednak nie potrafiłam się na tym skupić. Jedyne, o czym mogłam myśleć to jego zapach, szum krwi płynącej w żyłach i spokojne bicie serca… Kły zabolały i zaczęły się wydłużać. Przerażona skuliłam się i złapałam za brzuch czując kolejne silniejsze niż poprzednie szarpnięcie w żołądku.
   - Rose! Co ci jest?! – Strach widoczny w jego oczach dokonał wyboru za mnie.
   - Samochód – charczę z trudem. – Kluczyki w torbie… Zewnętrzna kieszeń… - Zacisnęłam zęby by powstrzymać krzyk rodzący się z tyłu mojego gardła.
   Dorian objął mnie ramieniem i pomógł iść. Jego ciało przyciśnięte do mojego tylko pogarszało sprawę. Nie chciałam jednak z tego zrezygnować. Nie mogłam. Wszystko we mnie buntowało się przeciw myśli, że Dorian mógłby znaleźć się daleko ode mnie.
   - Gdzie? – Pytanie ledwo przedostaje się do mojej świadomości.
   - Koniec parkingu… Po lewej – każde słowo pali mnie żywym ogniem. Zmuszam się jednak, aby to wytrzymać.
   Chłopak ciągnie mnie dalej. Gdy docieramy do samochodu Dorian na chwilę zamarł zszokowany i po prostu gapił się za porsche. Dopiero mój cichy jęk wyrwał go z transu i szybko otworzył drzwi po stronie pasażera. Gdy już upewnił się, że siedzę wygodnie szybko przeszedł na drugą stronę i usiadł za kierownicą. Zamknął drzwi i wiedziałam, że gdyby auto miało dach już byłby martwy…
  Musiałam mieć tylko nadzieję, że przetrwam drogę do domu i to, co mi dolega minie. Wiedziałam jednak, że dzieje się coś złego…